Archiwum z grudzień, 2008

h1

Mlask…!

grudzień 23, 2008

Jest dzień przed wigilią. Oczywiście pracuję na popołudniową zmianę ale nie jest źle bo jutro moja matczyna korporejszyn dała wolne (pierdu pierdu… trzeba było odpracować). A potem ponad tydzień wolnego…

Więc powinienem się cieczyć i chyba się cieszę. Dlaczego chyba?

Bo jakoś nie mogę się wyluzować. Nie mogę za Chiny Ludowe poczuć amerykańskiego klimatu świątecznego. Nie czuję spokoju, który powinien mnie ogarniać. Pojawia się za to nerwówa.

Za przykład może służyć dzisiejszy dzień. Ponieważ Marta (małażonka) lekko się zaziębiła, zostałem wysłany po dodatkowe zakupy. Towarzyszyła mi panna Maja, która dzielnie znosiła trudy przepychania się przez totalnie zakorkowane ryneczkowe uliczki (w sumie to jechała w wózku…).

Ja za to nerwy miałem już podczas parkowania a raczej szukania miejsca na zaparkowanie.  Potem było już tylko gorzej. Nie chcę jednak pisać o kolejkach i przepychaniu się. Napiszę o mlaskaniu starych bab.

Tak – o mlaskaniu. Mlaskaniu znaczącym.

Pierwszy mlask usłyszałem, kiedy pchając wózek  musiałem przeprosić jedną starszą panią, żeby ustąpiła mi drogi. Spojrzała się na nas i mlasnęła. Co miał oznaczać ten mlask? No oczywiście niezadowolenie, że ja tutaj z wózkiem, że przecież wóżek to nie tu, że trzeba było bez wóżka…

Drugi mlask, drugiej wyfutrowanej, podczas stania w kolejce po pieczywo. Bo w kolejce to wózek przeszkadza, że pewnie lepiej by byo zostawić dziecko na parkingu, przywiązne do samochodu.

A trzeci  to kiedy w Rossmanie, obładowany zakupami z rynku próbowałem przejechać przez stoiska. I znowu mlaskanie, że się pcham. Czy musze akurat teraz i tutaj? Przecież widzę, że pani stoi i się zastanawia, który krem na prezent wybrać. A, że ja akurat musze przejechać, pchając ten qrewsko niewygodny w prowadzeniu wózek, trzymając pakę pieluch i zabawiając Majkę bo już jej się nudziło -  to już mój problem.

Pomyślełem, że jeszcze jeden mlask i dam komuś w ryja, ale primo: raczej nie daję w ryja nikomu (przynajmniej nie dałem tak porządnie), secundo: było by to przyznanie się, że jest ze mną coraz gorzej, że ulegam tej całej zasranej psychozie zakupów przedświątecznych.

Marzy mi się wyjechać na święta, mieć w dupie całe te przygotowania, po prostu usiąść przy style, najeść się a potem napić łychy. Trochę tak jak w „Lastkrysmasajgejwjumahart” Dżordża. Byłoby git.

Tym akcentem życzę Wesołych Wszystkim.

 wiszes_edited-11