h1

GlasVegas live @ Toya Studios

listopad 7, 2009

No proszę… coś się zaczyna dziać w tej naszj Łodzi. Jedną z gwiazd Pepsi Vena Festival był GlasVegas (niszowi dla nas ale w UK już mocno zamieszali).

Chłopaki i dziewczyny są z Glasgow (nie z Vegas) i grają indie-60′rock z zajebiście depresyjnymi tekstami. Wolno ale powerowo (szczególnie live). Ostatnio katuję ich bez przerwy.

A z racji tego, iż dostałem akredytacje jako fotopsrtyk udało mi się spłodzić takiego oto seta….

Wysłałem im nieśmiało… z pewną taką nieśmiałością… no i umieścili na swojej stronce (www.glasvegas.net) Nice!

h1

Heineken Open’er Festival 2009! – trochę spóźniona relacja….

listopad 7, 2009

Tak, tak… wiem. Zagądam tu badzo czasem. Aż sam zapominam, że w ogóle mam to konto…

Tym razem wrzucam tekścior-relacje z wypadu na tegorocznego Heńka-OPener’a. Było grubo…. Piwko i pet na śniadanie, bez stresu, że dziecko nie jadło(bo dziecka z nami nie było uhuuuu!) i takie tam klimaty studenckie.

Anyway – zapraszam do lektury. Tekst jak zwykle ukazał się w Dell Express (bo niby gdzie teraz miałbym qrva pisać…?), więc styl ma banalno-poprawny.

 

 

White Lies -  fot Jakub Andrijewski

Heineken Open’er Festival 2009!

To było kolejne muzyczne święto w naszym kraju – tegoroczna edycja Heineken Open’er Festival zakończyła się 5 lipca 2009.

W ciągu czterech dni na 75 hektarach Lotniska Babie Doły k. Gdyni bawiło się ponad 70 tysięcy festiwalowiczów.  500 dziennikarzy pracowało próbując uchwycić jego klimat, 16,5 tysiąca osób zamieszkało na polu namiotowym a na 7 scenach wystąpili najlepsi artyści muzyki alternatywnej (od rock’a do elektroniki). Już podczas trwania imprezy prestiżowy brytyjski dziennik “The Times” uznał imprezę jednym z dwudziestu najlepszych europejskich festiwali co potwierdza fakt iż Polska jest coraz częściej odwiedzanym krajem przez zachodnie gwiazdy. Rzeczywiście było gorąco i to nie tylko z powodu sprzyjającej pogody. Znakomitą atmosferę zapewnili organizatorzy, muzycy ale również sami imprezowicze wśród których znalazło się wielu pracowników naszej firmy  i to właśnie dzięki nim możemy zdać  Wam relację jak było naprawdę. Let’s Rock!

Gwiazdy i debiutanci

Tegoroczna edycja (ósma w historii) jak zwykle przyciągnęła wielu znanych muzyków i zespołów. Nie były to jednak komercyjne „gwiazdy” lansowane do znudzenia przez rozgłośnie radiowe takie jak RMF czy Radio ZET a raczej wykonawcy znani z fal radiowych  3 Programu Polskiego Radia, Radia Eska Rock czy brytyjskiej stacji telewizyjnej MTV i MTV2. Ciężko było by wymieniać wszystkich tak więc nadmienię tylko, że Gdynię w tym roku odwiedzili m. In. Faith No More, The Prodigy, Gossip, White Lies, Arctic Monkeys, Madness,   Moby, Placebo, Kings of Leon, Pendulum, Duffy i Basement Jaxx. Polacy nie gęsi I swoje gwiazdy mają dlatego też nie zabrakło rodzimych wykonawców takich jak Maria Peszek, O.S.T.R. czy Fisz Emade Tworzywo i  Renton, którzy pokazali, że swoim poziomem nie odstają od światowej czołówki. Jak na prawdziwy festiwal przystało, promowane były też mniej znane ale bardzo obiecujące grupy muzyczne i nie tylko (oprócz koncertów odbywały się też pokazy mody, wystawy, pokazy filmów i animacji – podsumowując bardzo bogate „kulturalne menu”).

Ponieważ sama lista artystów była naprawdę imponująca organizatorzy przygotowali 7 dużych scen: Main Stage, Tent Stage, World Stage, Burn Beat Stage, Alter Space czy Fashion’er. Najbardziej oblegane były pierwsze trzy sceny. Poruszanie się między nimi było dosyć ciężkie ze względu na ilość widzów, jednak nie można powiedzieć, że niemożliwe (organizatorzy zadbali o sensowne ich rozstawienie). Każdy imprezowicz musiał brać pod uwagę, że nie jest w stanie zobaczyć wszystkich ulubionych wykonawców, dlatego też wiele osób decydowało się na jedną lub dwie gwiazdy danego wieczoru ale dzięki temu, często przez przypadek, można było zobaczyć inny, ciekawy występ. Tak było  moim przypadku, gdy czekałem pod sceną na koncert White Lies udało mi się posłuchać bardzo udanego „grania” Emiliany Torrini (której twórczość była mi wcześniej mało znana).

Jak wypadły gwiazdy od strony muzycznej? Poziom by zdecydowanie wysoki, chociaż nie obyło się bez wpadek. Z problemami borykali się Brytyjczycy z Arctic Monkeys. Ta dość młoda, ale bardzo dojrzała artystycznie grupa spod znaku Indie-rocka zmuszona była przerwać występ z powodów technicznych. Na szczęście po niedługiej przerwie udało się im wrócić na scenę. Zbierając relacje na temat występów innych wykonawców wywnioskować można było, iż największym powodzeniem cieszyły się koncerty Moby’ego (porywał tłum do skakania swoimi nowymi, rockowo zaaranżowanymi utworami jak i starymi, rave’owymi hitami), Faith No More (reaktywowany przez Mike’a Pattona weteran sceny alternatywnego metalu), The Prodigy i Basement Jaxx  czy White Lies (kolejni przedstawiciele nurtu „Indie”, u których widać było zaskoczenie gorącym przyjęciem za strony polskiej publiczności).

Duże szaleństwo na scenie i poza nią można było zaobserwować podczas koncertu amerykańskiej grupy The Gossip. Wokalistka Beth, znana ze swoich dość obfitych kształtów i prowokujących kreacji i tym razem nie zawiodła. By podziękować za owację postanowiła „zaprzyjaźnić” się z tłumem fanów schodząc ze sceny tuż pod same barierki.

Jednym z Malo docenianych ale bardzo udanych występów był sobotni koncert francuskiej grupy M83. Ci mało znani w Polsce przedstawiciele elektroniczno rock’a (tak naprawdę ciężko jest ich sklasyfikować) oczarowali publikę tworząc niesamowity klimat (łagodne i głębokie muzyczne „tła” przeplatane z klubowymi rytmami).

Byłoby niesprawiedliwością nie wspomnieć o występie Fisza i jego grupy na scenie namiotowej. „30 cm ponad chodnikami” czy „Jesteście gotowi” – te utwory zagrane na żywo sprawiły, że nie jednemu Openerowiczowi ciarki przebiegły po plecach!

Na koniec parę słów o występie Madness. Ta znana z lat osiemdziesiątych brytyjska grupa, również miała pecha, jednak spowodowany był on przez opóźnienie samolotu, który nie dowiózł muzyków na czas. Na szczęście panowie nie zawiedli (i chociaż z poślizgiem) to jednak zagrali, przypominając zdecydowaną większość swoich ponadczasowych hitów w stylu ska i rocksteady.

Organizacja

Jak sprawić by siedemdziesięciotysięczny tłum bawił się bezpiecznie? Organizatorzy pokazali, że wiedzą jak stanąć na wysokości zadania. Było bezpiecznie. Z pewnością tłumaczy to fakt iż na tego typu imprezy jeżdżą ludzie żądni dobrej muzyki a nie awantur. Przechadzając się po terenie festiwalu można  było spotkać wielu młodych i starszych „rockowych melomanów”, ubranych nietuzinkowo, modnie i niemodnie ale przede wszystkim uśmiechniętych i nastawionych bardzo pozytywnie. Oprócz języka polskiego słychać było róże akcenty angielskiego, język niemiecki, rosyjski, czeski, hiszpański czy język i skandynawskie. Ale tak naprawdę nie było tu podziałów narodowościowych – o muzycznej jedności można było przekonać się nie tylko podczas koncertów ale także na imprezach „nieoficjalnych” odbywających się na polach namiotowych czy plaży. Trzeba tu zaznaczyć, że zdecydowana większość Openerowych gości korzystała właśnie z udogodnień turystycznych zagwarantowanych przez organizatora. Przede wszystkim było to pole namiotowe oraz  specjalna przestrzeń dla osób chcących spać w camperach lub przyczepie campingowej. Zadbano też o zaplecze sanitarne (wc, prysznice) oraz gastronomiczne.

Do dyspozycji festiwalowiczów, jak co roku, przygotowano bezpłatne autobusy kursujące wahadłowo od Dworca Głównego w Gdyni na teren festiwalu.

Ciekawym udogodnieniem (sprawdzonym w poprzednich edycjach) było wprowadzenie „lokalnej” waluty czyli bonów, którymi płaciło się za wszelkiego rodzaju usługi i towary na terenie festiwalu. Płatności można było też dokonywać specjalnymi kartami pre-paidowymi – to wszystko po to by czekający często w długich kolejkach do stoisk gastronomicznych byli obsługiwaniu szybko i sprawnie.

Tegoroczny Opener był najdłuższym festiwalem tej serii. Organizatorzy już teraz przygotowują jego kolejną edycję na rok 2010. Kto na nim zagra jeszcze nie wiadomo, jednak to właśnie fani będą mieli duży wpływ na wybór gwiazd.

h1

Whilte Lies / Snow Patrol London O2 Arena, 15. 03.2009 – Relacja z koncertu

marzec 20, 2009

 

dsc004252

Od naszego powrotu z Londyńskiego koncertu White Lies i Snow Patrol minęło już kilka dni, jednak cały czas  nie możemy po nim dojść do siebie. Oderwanie się od szarej rzeczywistości zapadło nam bardzo głęboko w umysłach i teraz, gdy jesteśmy juz w domu, wszystko jest jakieś takie szare, zwyczajne.
Zacznijmy jednak od początku.
Podróż rozpoczęliśmy juz o godzinie 10 – pociągiem z Lodzi do Warszawy. Na lotnisko dotarliśmy z dużym zapasem czasu, ale to tylko dlatego, że ja (czyli Kuba) muszę być  zawsze wcześniej, gdziekolwiek bym się nie wybierał (moja żona mówi, że to nerwica natręctw) . Lot przebiegł bez większych przygód, leciało się całkiem wygodnie a strach przed lataniem zabiłem za pomocą magicznych napojów, które serwowała nam obsługa. Ponieważ nie mieliśmy większych bagaży, nie byliśmy też skazani na czekanie na walizki, tylko od razu skierowaliśmy się do wyjścia, gdzie „przejęła” nas pani Bożena Haim z Universal rec.
Od tego momentu rozpoczął się bieg (dosłownie) – najpierw pociąg-express do Paddington, potem metro i szybki spacer do hotelu niedaleko stacji Pilmico. Londyn w niedziele nie jest juz taki zatłoczony, jednak mimo to na ulicach było pełno osób. Ponieważ znamy i bardzo lubimy to miasto poczuliśmy się trochę jak w domu. Poza tym, fakt, iż było cieplutko (około 17 stopni Celsjusza) spowodował, że dało się poczuć  klimat wakacji, urlopu. W hotelu mieliśmy pół godziny na przygotowanie się do koncertu i o umówionej godzinie, bardzo podekscytowani (można powiedzieć, że z „piosenkami White Lies na ustach”) wyruszyliśmy do hali O2 Arena, mieszczącej się przy stacji North Greenwhich (oczywiście metrem, gdyż jest to najszybszy sposób komunikacji).
Na miejscu widać było już  tłumy fanów. Ludzie, jak to w Londynie, poubierani bardzo różnie, ekstrawagancko, ciekawie, modnie, niemodnie, wyzywająco, skromnie, kolorowo, szaro, ciepło, luźno  – do wyboru do koloru!  Zastanawiałem się jak będzie odbywać się samo wchodzenie na koncert – przy kilku a nawet kilkunastu tysiącach osób, wydawać by się mogło, że zajmie to co najmniej godzinę. Nic takiego – żadnych kolejek, żadnych przepychanek. Wszystko sprawnie i szybko.  Bez przysłowiowej „angielskiej flegmy” (a tak na marginesie… czy ktoś kiedyś widział na własne oczy „angielską flegmę”? Ja nie miałem okazji…)
Bilety na koncert były numerowane, tak wiec skierowaliśmy się od odpowiedniego wejścia, gdzie z kolei steward wskazał nam nasze krzesełka (mieliśmy miejsca siedzące co po kilku godzinach podróży okazało się zbawienne). W momencie naszego przybycia grał pierwszy support – Concerto for Constantine, który właśnie kończył swój krótki, 20 minutowy występ. Po nich na chwile zapaliły się światła a my ujrzeliśmy jak ogromna jest hala O2 Arena.To było niesamowite miejsce, mogące pomieścić chyba z 20 000 osób. Jako ciekawostkę dodam, że O2 Arena jest swego rodzaju kompleksem rozrywkowo-gastronomiczno-klubowym. Na miejscu można zjeść , napić się alkoholu a nawet wnieść piwo na koncert (pomysł z plastikowymi butelkami widocznie się u nich sprawdził) .
Po 15 minutach na scenę wyszli muzycy z White Lies i występ  rozpoczęli numerem „Farewell to the fairground”. Ciarki przeszły po plecach, nogi zaczęły się same ruszać, gdyż jest to naprawdę znakomity utwór (mocno lansowany ostatnio w MTV2).  Kolejnym numerem był To Loose My Life, który  praktycznie wypromował ten zespół i sprawił, że zaczął być traktowany jako kontynuator mroczniejszej odmiany Indie rock’a (obok takich band’ów jak Editors czy The Bravery).. Publiczność bawiła się dobrze, jednak „tylko dobrze” -  brakowało spontaniczności. Owszem, po każdej piosence ludzie nagradzali muzyków gromkimi brawami, jednak nie czuło się szaleństwa, na które byliśmy przygotowani.
 Jakież wielki było nasze zdumienie, gdy po piątej piosence (Death) muzycy podziękowali wszystkim za zabawce i zakończyli występ. Przez chwile zapomnieliśmy, że byli oni tylko suportem – główną gwiazda tego wieczoru był Snow Patrol.
Podsumowując występ White Lies, można śmiało powiedzieć, ze są profesjonalni w tym co robią. Zastanawialiśmy się jak zespół sprawdzi się na żywo i okazało się, że muzycy są naprawdę dobrzy. Wokalista i gitarzysta Harry McVaigh dawał radę, nawet podczas śpiewania wyższych partii wokalnych, (które są dosyć trudne do wykonania na żywo). Sekcja rytmiczna spisywała się doskonale (szczególnie dużo do roboty miał perkusista, gdyż nie gra on prostych rytmów a raczej są to „bieganiny” po werblach, tomach, hi-hatach i pozostałych blachach). Zespół nie mógł obyć się bez pomocy kibordzisty, który nadawał Joy Division’owy charakter całej muzyce WL (klawisze są wszechobecne na płycie jednak klawiszowiec nie jest oficjalnym członkiem grupy). W „Farewel to the Fairgound” wykorzystano inne brzmienia pianina, które słyszalne jest na początku utworu – tym razem było to coś w rodzaju „dzwonków” , które trochę kłuły w uszy, ale tak naprawdę był to jedyny minus. Ogólnie mówiąc: bardzo dobry występ jednak o wiele za krótki! Pozostał wielki niedosyt.
W końcu naszedł czas na Snowi Patrol. Byliśmy ich ciekawi, chociaż przyznajemy z ręką na sercu, że nie byliśmy ich zagorzałymi fanami. Jednak to, co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy zmieniło nasze zdanie o nich – o całe 180 stopni!
Pierwsze dźwięki Snow Patrol  uzmysłowiły nam, że jest Gary Lightbody i spółka zasłużyli sobie na miano super gwiazdy w UK. Nagłośnienie, światła, sceneria, telebimy – cały potencjał hali O2 Arena dał o sobie znać. Słuchając Snow Patrol mieliśmy wrażenie, iż muzyka leci z płyty – każdy dźwięk, nuta, tekst, wokaliza czy efekt był idealnie zagrany i wyśpiewany.  Członkowie  SP byli wspierani przez dodatkowych muzyków, którzy obsługiwali dodatkowe zestawy perkusyjne czy klawisze (z oddali udało mi się dojrzeć nawet legendarnego MiniMoog’a). Gościnnie pojawiła się również wokalistka Martha Wainwright (znana z piosenki „Set the fire to the third bar”). Podczas ich koncertu okazało się, ze publiczność wcale nie jest taka „drętwa” jak nam się wydawało. Po prostu czekała na główną gwiazdę! Podczas piosenki RUN, gdy cala hala śpiewała refren „Light up, Light up” ciarki przechodzily po plecach.
Snow Patrol “nie oszczędzali” fanów i zagrali większość swoich hitów. Usłyszeć można było m. in.  „How to be dead”, „Spitting Games”,” Hands open”, “Chasing Cars”, “You could be happy”, spomniane wcześniej “Set the fire to the third Bar”, czy “If there’s a rocket tie me to it”. Muzycy mieli doskonały kontakt z publicznością, widać było, ze granie na scenie to nie ich praca a pasja, która dzielą się z innymi. Prywatnie powiem tylko, że podczas koncertu zapomniałem o wszelkich problemach i „odpłynąłem” razem z muzyką. Półtorej godziny grania na żywo i… finisz! Koncerty w Londynie kończą się z reguły zgodnie z rozkładem. Tak wiec o równo o godzinie 10.30 było już po wszystkim!
Co potem? Równie szybkie i bezproblemowe wychodzenie z hali. Tym razem nie decydowaliśmy się na metro, gdyż świadomość tego iż z tej samej stacji ma zamiar wrócić kilka tysięcy osób, spowodowała iż postanowiliśmy poczekać na taksówkę. I tak skończyła się nasza przygoda na O2 Arena. Mamy co wspominać. Do zobaczenia na White Lies na tegorocznym Open’erze!
Pozdrawiamy i dziękujemy Trójce za możliwość uczestniczenia w tym koncercie.
Marta i Kuba Andrijewscy z Łodzi

h1

Pierwszy Milion(er)

styczeń 7, 2009

Ostatnio próbuję wrócić do pisania w różnego rodzaju mediach. Jednym z nich jest gazetka, na szczęście nie ścienna a firmowa. Takie tam pisemko, wydawane dla pracowników korporacji, w której pracuję. Poniższy wywiad ukazał się parę miesięcy temu – jest to rozmowa z Bartkiem Dębskim, takim typkiem, który jest perkusistą w zespole Pierwszy Milion. Wybaczcie lekko banalny styl, ale taki artykuł jaka gazeta;). Tekst został skrócony w stosunku do tego, któy ukazał się w oryginale. Miłego czytania…

 

Pierwszy Milion(er)

 debski

 

- ”Mówi się”, że nie samą pracą człowiek żyje a Twoim hobby podobno jest muzyka. Czy możesz przybliżyć nam czym dokładnie się zajmujesz?

Bartosz Dębski.: – Rzeczywiście muzyka jest moją pasją. Jestem perkusistą a jednocześnie tworze (produkuje) swoje własne utwory. Aktualnie gram w zespole – projekcie „Pierwszy milion”. Muzyka jaką tworzymy to fuzja  hardcore’owego hip-hopu z rockiem. Muzycznie słychać podobieństwa do Rage Against the Machine jednak nasze teksty są bardziej oldskull’owe. Polski hip-hop kojarzy się bardziej ze śpiewaniem o „ziomkach”, wspólnyn siedzeniu na osiedlowej ławce, biedzie itp. My śpiewamy  po prostu o muzyce, bawimy się słowem i rymami.  Jeżeli ktoś interesuje się hip-hopem lat dziewiędziesiątych to wie o czym mowa.

- Kto jest odbiorcą Waszej twórczości? Gdzie Was mozna zobaczyć i posluchać?

B.D. – Są to głównie młodzi ludzie ale starsi miłośnicy gatunku (dzisiaj nawet  trzydziestoparoletni) mogą  również się odnaleźć w naszej muzyce. Znajdą w niej coś co było dobre w latach dziewięćdziesiątych a czego dzisiaj się już nie gra.

Większoć  koncertów odbywa się głównie w naszym mieście, w Łodzi. Występowaliśmy też jednak na wielu innych event’ach– między innymi na imprezie Outline Colour Festival, który jest największym festiwalem poświęconym grafitti i kulturze undergroundowej w Europie. Tam mieliśmy możliwość zagrania przed światowymi gwiazdami.

 - Pierwszy Milion już jest a czy macie szansę na nagranie pierwszej płyty?

B.D. – W niedalekiej przyszłości chcemy wydać tzw. epkę. Nie będzie to płyta czysto studyjna, podczas realizacji której są  nagrywane oddzielnie poszczególne ścieżki. Będzie to raczej zapis materiału granego na próbie. Chcemy uzyskać „większy pazur”  - wydobyć energię. W ten sposób pracują ostatnio niektóre profesjonalne zespoły (np. Arctic Monkeys). Myślę, że jest też szansa na nawiązanie współpracy z jakąś wytwórnią płytową. Są to jednak na razie dalekosiężne plany. Nasz zespół jest stosunkowo młody (istniejemy dopiero od lutego 2008r). Prawdę mówiąz miał to być jednorazowy koncert dwóch wokalistów hip-hopowych, na który zostałem zaproszony jako perkusista. Zaproponowałem żeby zagrał też nami „żywy” basista i razem dogrywaliśmy nasze partie instrumentalne do gotowych podkładów. Widząc reakcje publiczności okazało się, że był to jeden z najlepszych koncertów jakie zagrałem. Postanowiliśmy dalej to kontynuować.

- Oprócz udziału w „Pierwszym milionie” zajmujesz się produkcją solową.

B.D. – Jestem tzw beatmaker’em – tworzę muzykę do utworów hip-hopowych pod psuedonimem Snecz. Nagrywam też instrumentalne projekty.  Mam na koncie jedną płytę, którą nagrałem wspólnie wokalistą Gres’em w 2005 roku.  Produkcja nosiła nazwę „Noc EP” i była utrzymana w konwencji psychodelicznego rapu. Płyta ta odbiła się nawet szerokim echem jeżeli chodzi o polskie podziemie hip-hopowe. Krążek był dołączony do kultowego i nieistniejącego już magazynu „Ślizg”. Zagraliśmy wtedy wiele koncertów , udzielaliśmy też dużo wywiadów .

- W jaki sposób tworzysz muzykę? Jakich „narzędzi” używasz?

B.D. – Moja twórczość to głównie sampling. Nie ograniczam się jednak do wycinania kawałków z plików mp3 – sampluję z płyt winylowych. Oprócz tego dogrywam próbki żywych instrumentów, na których sam gram (linie basu czy pojedyncze instrumenty takie jak werble czy stopę perkusyjną). Można rzec, że uprawiam sampling w stylu starej szkoły.  Oczywiście używam do tego komputera. Stosuję do obróbki plików dźwiękowych programy takie jak Sound Forge, a jako sekwenser Fruity Loops.

- Jakie masz plany na przyszłość?

B.D. – Na pewno dalej będę współpracował z Pierwszym Milionem. Oprócz tego  może uda się nagrać płytę w kolaboracji  Spinache, Zeus (wokaliści hip-hopowi ). Dodatkowo jestem współautorem strony internetowej (lifestyle’owego blogu) www.whatshot.pl. Znaleźć tam można nowości i informacje na temat muzyki, mody i ogólnych trendów panujących w kulturze niszowej. Co do kariery zawodowej to oczywiście zamierzam dalej rozwijać się na swoim stanowisku – na szczęście nie koliduje to z moją pasją muzyczną.

Fotosy tego kolesia można znaleźć na moim wjubuku…;)

h1

Więcej gazu w Gazie

styczeń 7, 2009

Pięknie weszliśmy w Nowy Rok. Miło było usłyszeć w wiadomościach (na ciężkim sylwestrowym kacu), że Rosja wstrzymała dostawy gazu  dla Europy a Izrael rozpocznyna nową rzeź w Gazie.

Myślę, że nie ma sensu rozpisywać się na temat obydwu konfliktów. Opowiadać się po czyjejś konkretnej stronie też chyba ciężko. Chociaż można by się pokusić o małe podsumowanie.

Rosja vs Ukraina

Co do tego konfliktu, nie mam wątpliwości, że jest to polityczna gra Rosjan, którzy chcą wykazać, że Ukraina jest mało wiarygodnym partnerem dla UE. Z drugiej strony, myślę, że Ukraina jak na razie nie do końca nadaje się na członka UE. Nasuwa mi się  też taka konkluzja, że jeszcze długo nie będzie się nadawała i nie będzie za bardzo mogła tego faktu zmienić. Po pierwsze tej kraj leży jednak za blisko Rosji. Putin and Co ostatnimi czasy pokazują, że nie za bardzo podoba im się to, że ich najbliżsi sąsiedzi pragną wyswobodzić się z posowieckiego kurnika. A Putinowi pewnie marzy się powrót do ZSRR. Rosjanie tak łatwo nie odpuszczą. Z drugiej strony sami Ukraińcy są podzieleni i większość z nich uważa Rosjan za swoich braci i w przypadku ewentualnego referendum w sprawie przystąpienia Ukrainy do UE wynik mógłby rozczarować. Chciałbym życzyć oczywiście jak najlepiej Ukrainie, jednak na rozwój wypadków będziemy musieli poczekać.

Izrael vs Hamaas

No cóż… kolejna rzeź. Kolejna bezsensowna rzeź, chociaż, która ma sens? Nie dziwię się reakcji świata na zmasowany atak wojsk izraelskich. Sam również waham się z ich popieraniem (do tej pory stałem po stronie Izraela), jednak widząc to co się dzieje, zaczynam się zastanawiać jaki to ma sens. Szczególnie, że cywile giną całymi rodzinami. Z drugiej strony Hamaas’owi cała ta sytuacja jest bardzo na rękę. Typowa taktyka tego ugrupowania to atakowanie celów izraelskich z terenu osiedli mieszkaniowych, obozów dla uchodźców itp. Wystrzeliwane rakiety, domowej produkcji, może nie niszczą budynków z wielkim impetem (a nawet często nie dolatują do celu) ale potrafią zabić i czynią to (znane są przypadki gdy nie dolatywały do granicy izraelskiej i zabijały samych Palestyńczyków). Izrael odpowiada wtedy zmasowanym atakiem a Hamaas może przedstawić siebie jako ofiarę (chociaż jest w mojej opinii jej współautorem). I tak bez końca.

Zastanawiam się ostatnio, coraz częściej, jakim cudem ludzie potrafią tak sobie uprzykrzyć życie. Gatunek nasz zdaje się miec jakąś wadę genetgyczną, któa ciągnie nas ku samozagładzie.

Na dowidzenia artykuł z wyborczej

Izrael prowadzi z Hamasem totalną wojnę medialną

h1

Mlask…!

grudzień 23, 2008

Jest dzień przed wigilią. Oczywiście pracuję na popołudniową zmianę ale nie jest źle bo jutro moja matczyna korporejszyn dała wolne (pierdu pierdu… trzeba było odpracować). A potem ponad tydzień wolnego…

Więc powinienem się cieczyć i chyba się cieszę. Dlaczego chyba?

Bo jakoś nie mogę się wyluzować. Nie mogę za Chiny Ludowe poczuć amerykańskiego klimatu świątecznego. Nie czuję spokoju, który powinien mnie ogarniać. Pojawia się za to nerwówa.

Za przykład może służyć dzisiejszy dzień. Ponieważ Marta (małażonka) lekko się zaziębiła, zostałem wysłany po dodatkowe zakupy. Towarzyszyła mi panna Maja, która dzielnie znosiła trudy przepychania się przez totalnie zakorkowane ryneczkowe uliczki (w sumie to jechała w wózku…).

Ja za to nerwy miałem już podczas parkowania a raczej szukania miejsca na zaparkowanie.  Potem było już tylko gorzej. Nie chcę jednak pisać o kolejkach i przepychaniu się. Napiszę o mlaskaniu starych bab.

Tak – o mlaskaniu. Mlaskaniu znaczącym.

Pierwszy mlask usłyszałem, kiedy pchając wózek  musiałem przeprosić jedną starszą panią, żeby ustąpiła mi drogi. Spojrzała się na nas i mlasnęła. Co miał oznaczać ten mlask? No oczywiście niezadowolenie, że ja tutaj z wózkiem, że przecież wóżek to nie tu, że trzeba było bez wóżka…

Drugi mlask, drugiej wyfutrowanej, podczas stania w kolejce po pieczywo. Bo w kolejce to wózek przeszkadza, że pewnie lepiej by byo zostawić dziecko na parkingu, przywiązne do samochodu.

A trzeci  to kiedy w Rossmanie, obładowany zakupami z rynku próbowałem przejechać przez stoiska. I znowu mlaskanie, że się pcham. Czy musze akurat teraz i tutaj? Przecież widzę, że pani stoi i się zastanawia, który krem na prezent wybrać. A, że ja akurat musze przejechać, pchając ten qrewsko niewygodny w prowadzeniu wózek, trzymając pakę pieluch i zabawiając Majkę bo już jej się nudziło -  to już mój problem.

Pomyślełem, że jeszcze jeden mlask i dam komuś w ryja, ale primo: raczej nie daję w ryja nikomu (przynajmniej nie dałem tak porządnie), secundo: było by to przyznanie się, że jest ze mną coraz gorzej, że ulegam tej całej zasranej psychozie zakupów przedświątecznych.

Marzy mi się wyjechać na święta, mieć w dupie całe te przygotowania, po prostu usiąść przy style, najeść się a potem napić łychy. Trochę tak jak w „Lastkrysmasajgejwjumahart” Dżordża. Byłoby git.

Tym akcentem życzę Wesołych Wszystkim.

 wiszes_edited-11

h1

Oi!

listopad 21, 2008

Kazik Marcinkiewicz ma, Janusz Korwin, piękni i moherowi z PiSu tyż… no to mam i ja.
Założyłem sobie bloga.
 
Kolejne konto do pielęgnowania, update’owania, do wpisywania bzdur aby pokazać wszytyskim, że się jest wylansowanym.  Dobrze, że chociaż fotki jakieś robię to przynajmniej będzie koolorowo i wesoło.

Potraktujmy to jako wpis próbny. Taką próbę majkrofon czek uan to fri…

Bez odbioru.